Tak zwana „sprawa robota” to jeden z najbardziej kontrowersyjnych epizodów w działalności Klinicznego Szpitala Wojewódzkiego nr 1 w Rzeszowie. Chodzi o sposób, w jaki do placówki wprowadzono system chirurgiczny da Vinci – z pominięciem zasad przejrzystości i uczciwej konkurencji.
Robot, wbrew przekazowi medialnemu, nie był własnością szpitala, lecz prywatnej spółki z Krakowa. Mimo to dyrekcja zawarła z nią umowę na wykonywanie zabiegów w publicznej placówce, wykorzystując sprzęt i personel tej firmy. Jeszcze poważniejsze jest to, że dokumenty przetargowe i projekt umowy zostały współtworzone przy udziale właśnie tego podmiotu, który później został wybrany jako wykonawca. W praktyce oznaczało to, że warunki konkursu opracował ten, kto miał go wygrać.
Cały proces przeprowadzono w pośpiechu i bez zapewnienia finansowania kosztów eksploatacyjnych czy zaplecza szkoleniowego. Szpital nie miał jeszcze podpisanych umów na utrzymanie sprzętu, nie było też formalnej zgody samorządu województwa na pokrycie dalszych wydatków. W rezultacie publiczna placówka została sprowadzona do roli zaplecza organizacyjnego dla prywatnego przedsięwzięcia, które korzystało z jej infrastruktury i kontraktu z NFZ.
W późniejszym okresie, gdy pojawiły się wątpliwości co do sposobu rozliczania zabiegów wykonywanych przy użyciu robota, Prokuratura Okręgowa w Katowicach postawiła zarzuty ówczesnemu dyrektorowi szpitala Januszowi Ławińskiemu. To postępowanie dotyczy już jednak etapu użytkowania robota, a nie samego procesu jego wprowadzania.Sprawa robota stała się symbolem nadużycia procedur, braku nadzoru i chaotycznego zarządzania publicznymi inwestycjami w podkarpackiej ochronie zdrowia.
